listopada 18, 2017

Poród - przerażające a zarazem piękne wydarzenie.

Poród - przerażające a zarazem piękne wydarzenie.

Każda ciężarna czeka na TEN dzień. Jedna z utęsknieniem, druga z przerażeniem. Jedna pragnie by już nadszedł, inna umiera ze strachu na samą myśl, że to już wkrótce. Poród prześladuje chyba wszystkie przyszłe mamy i to z różnych względów. Jedne obawiają się, bólu, inne komplikacji, ale wszystkie czują ścisk w żołądku na myśl o nim.
Faktycznie, sam poród do najprzyjemniejszych nie należy i nie ma się co tu oszukiwać. Ból jest jego nieodłączną częścią i, w sumie, jeszcze nie słyszałam, by dla kogoś było to coś, co z wielką chęcią przeżyłby drugi raz. 
Czego ja najbardziej się obawiałam i jak wyglądał poród z mojej perspektywy?
Zapraszam do czytania ☺

Do porodu zostały trzy tygodnie i czułam się okropnie zmęczona. Brzuch był bardzo nisko i przeszkadzał w najprostszych czynnościach. Miewałam napady duszności i po kilku minutach siedzenia bolały mnie plecy, jednak najgorsza była wtedy zgaga, która dopadała mnie po każdym posiłku. Palące uczucie w przełyku skutecznie zatruwało mi życie. 
Zaczął mi odchodzić wtedy czop śluzowy, częściowo i bez krwi. Koleżanka miała tak samo i 3 dni później rodziła, więc miałam nadzieję, że i u mnie się tak skończy.
Wszyscy obstawiali, że na dniach urodzę. Sama zaczynałam w to wierzyć i każdy najmniejszy nawet skurcz brałam za zaczynającą się akcję porodową...
Dni mijały, czop odszedł już chyba cały a tu nic. Termin zbliżał się wielkimi krokami, a ja miałam wrażenie, jakbym miała czekać na niego jeszcze kilka miesięcy. Sama myśl o porodzie dopiero kiełkowała w mojej głowie. Zaczęła się majówka. Termin z OM miałam na 5.05, a z USG na 7.05. 
Dostałam skierowanie na KTG, na które miałam chodzić 2 razy w tygodniu, aż do 10 dni po terminie. Później miałam się zgłosić do szpitala. Podczas jednego z badań położna spojrzała z niepokojem na aparaturę.
Czuje pani ruchy? Nie mogę znaleźć tętna dziecka... 
Chyba nigdy się tak nie wystraszyłam. Położna szarpała moim brzuchem, naciskała go i co chwilę pytała, czy czuję ruchy. Nie czułam ich... Obawiałam się najgorszego. Sprzęt dalej milczał. W końcu udało się wyłapać tętno. Całe szczęście okazało się, że mała spała i obróciła się tak, że ciężko było ją "złapać".

5 maja w nocy obudziły mnie skurcze. Były nieregularne i bolesne, ale udało mi się jeszcze zasnąć. Od tamtej pory pojawiały się i znikały. Były coraz mocniejsze. Dwa dni później były już tam silne, że idąc musiałam się podczas skurczu zatrzymać. Zgłosiłam się do szpitala na KTG, ale podczas badania skurcze zniknęły...
8 maja czułam skurcze od samego rana. Były różnie - raz co 3 minuty, raz co 6, potem po 4 i znów dłuższe, jednak nie znikały na dłużej niż pół godziny. Nie chciałam iść do szpitala i kolejny raz się rozczarować. 
Bóle były coraz silniejsze. Zaczynałam je czuć także w plecach. Nie byłam w stanie zjeść nawet obiadu, miałam wrażenie, że zwymiotuję. Weszłam pod prysznic i polewałam się ciepłą wodą, co przynosiło choć trochę ulgi. Zadzwoniłam po mamę, bo nie chciałam być sama, a mąż był na urodzinach u brata. Dostałam biegunki i wiedziałam, że to dziś. Siedziałam ze stoperem w ręce i liczyłam czas między skurczami. Dokładnie co 6 minut - nie mniej, nie więcej.
Po godzinie 19 pojechałam do szpitala, gdzie chwilę zaczekałam na Adama. Poszliśmy na porodówkę. Położne spojrzały na mnie spode łba. Kazały przygotować się do badania KTG.
Nie wygląda mi pani na rodzącą... Ten zapis też wątpliwy. Zawołamy lekarza, niech panią przebada i zadecyduje, ale proszę mi wierzyć, wiemy jak wygląda kobieta rodząca...
Przyszła lekarka, kazała się rozebrać do badania. Sprawdziła rozwarcie - 1cm. USG Zadecydowała, że mam zostać na sali przedporodowej. Kroplówka z elektrolitami i KTG i wypełnianie formalności.
Mąż zapytał, ile to potrwa, nim urodzę.
Jakieś 12-18 godzin. U pierworódek zazwyczaj tyle to trwa. Jak zleci kroplówka to przyniosę pani piłkę, później będzie mogła pani wejść pod prysznic. A teraz proszę odpoczywać, nawet się zdrzemnąć jeśli da pani radę, bo długa droga jeszcze przed panią.
To była godzina 21. Adam powiedział, że chyba skoczy do domu się przespać i za kilka godzin wróci, ale przebłagałam go żeby został. Skurcze były okropne, a ja musiałam leżeć przypięta do aparatury i kroplówki. Czas leciał bardzo szybko, ani się obejrzeliśmy, a było przed 23. Poinformowaliśmy najbliższych, że zostawili mnie w szpitalu. Godzina 24:
Słuchaj, albo popuściłam, albo właśnie odeszły mi wody....
Mąż poszedł po położne które z wielkim "COOO?! WODY ODESZŁY?!" przyleciały do mnie. Rozwarcie 1,5cm. Położyli mnie na porodówce. Chciałam pytać, gdzie do cholery jest ta piłka, ale kazali leżeć na boku, podpięli mnie do KTG i tyle. Na drugiej porodówce była jakaś kobieta, darła się w niebogłosy. Wcale mi to nie pomagało, nie chciałam, żeby mnie też tak bolało. Skurcze były okropne. Podczas nich nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, czułam, jakby rozrywali mnie żywcem. Krzyczałam, błagałam, by się to już skończyło. Przynieśli mi gaz rozweselający, który tak na prawdę g*wno dał, może tylko tyle, że między skurczami nie byłam w stanie podnieść ręki. Teraz dla odmiany czas zdawał się stać w miejscu. Skurcze zlewały się w jeden. Gdy pierwszy ledwo się skończył, niemal natychmiast nadchodził następny. Ból wyginał mnie, że prawie spadłam z łóżka. Błagałam, żebym mogła wstać.
Nie ma mowy. Nie wyrażam zgody. Nie mogę pani odłączyć od KTG. Musimy stale monitorować tętno.
Wbijałam paznokcie w łóżko i w rękę Adama. Nie pragnęłam niczego innego, jak tylko tego, by już się to skończyło. Nie wiedziałam, że cokolwiek może aż tak boleć, nawet nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić.W pewnej chwili skurcze się zmieniły. Położna kazała się przekręcić na plecy, podsunęła mi podnóżki i kazała słuchać uważnie tego co mówi i robić to co mi każe. To było przed godziną 2. Położna mówiła kiedy przeć i jak to robić. Nie było to tak bolesne jak skurcze ale też nieprzyjemne. Czułam się, jakby mnie rozrywało od środka. W pewnym momencie poczułam okropne pieczenie w kroczu i spływającą pod tyłek krew.
Włosy już pani urodziła! Chce pani dotknąć? Ale czarna czupryna! Jeszcze tylko parę razy, no, proszę przeć, teraz!
Po około pół godziny położyli ją na mnie. Płakała przez chwilę, ale zaraz się uspokoiła i tylko kwiliła sobie
pod nosem. Rodzenie łożyska to pestka, nic już nie czuć. Świat zniknął. Zmęczenie odpłynęło. Zapomniałam nawet, że przez cały dzień zjadłam tylko pół kromki chleba. Lekarka zszywała mnie, bo popękałam, ale nawet nie zwracałam na to uwagi, przyglądałam się tylko mojemu dziecku. Ulga, jaką czułam była nie do opisania. W końcu byłyśmy razem, w końcu mogłam ją dotknąć, pocałować, przytulić. Przystawiłam ją do piersi i leżałyśmy tam tak do 4 rano. Dziś ten cały ból pamiętam już tylko przez mgłe. Wiem, że bolało, ale ciężko mi już sobie ten ból wyobrazić. I może dlatego chciałabym mieć drugie dziecko... :)

listopada 13, 2017

Blogosfera CANPOL BABIES.

Blogosfera CANPOL BABIES.



Mimo, iż dopiero zaczynam swoją nową rolę - i jako mama, i jako blogerka, postanowiłam zgłosić się do testów z Blogosfery Canpol. W tej edycji do wygrania jest 45 zestawów pielęgnacyjnych (15 dla testujących mam oraz 30 dla mam organizujących konkurs dla czytelników).

Uważam, że naprawdę warto wziąć udział :) 
Zgłaszać możecie się TUTAJ

Trzymajcie kciuki za nas i oczywiście zgłaszajcie się :)



listopada 13, 2017

Poronienie samoistne - nic takiego się nie stało?

Poronienie samoistne - nic takiego się nie stało?

Instynkt macierzyński drzemał we mnie głęboko, już od dawna. Mając dziewiętnaście lat z zachwytem oglądałam się za brzuchatymi kobietami i za słodkimi buźkami maluszków. W marcu 2016 odstawiłam tabletki antykoncepcyjne, zaczęłam regularnie zażywać kwas foliowy i suplementy dla kobiet planujących ciążę. Bardzo pragnęłam dziecka, do tego stopnia, że odbijało się to na moim związku. Adam odczuwał presję z mojej strony, miałam wrażenie, że wcale tego dziecka nie chce. Dziś wiem, że był to tylko mój błąd a on czuł się osaczony, przez moje ciągłe wahania nastroju.
Pod koniec czerwca zauważyłam, że spodziewana miesiączka nie pojawiła się. Zamiast tego zjawiło się bardzo skąpe plamienie. Postanowiłam zrobić test, na którym pojawiły się dwie kreski. Pomyślałam, że pewnie jeszcze trochę za wcześnie na wiarygodny wynik i miałam zamiar powtórzyć test za kilka dni. Zasiało się we mnie ziarenko nadziei - może wreszcie się udało!
Minęło kilka dni, ja coraz bardziej cieszyłam się myślą, że mogę być w ciąży. 
Wykonałam drugi test, innej firmy, pozytywny. Obiecałam sobie, że ucztować zacznę dopiero, gdy wynik potwierdzi ginekolog. 
Kolejnych kilka dni później znów pojawiło się plamienie, znowu niezbyt obfite. Nie przejęłam się tym zbytnio (mój błąd), bo tego samego dnia zniknęło. Mimo tego czułam w sobie jakiś dziwny niepokój. 

Poszliśmy do znajomych, u których Adam naprawiał komputer. Cały czas dziwnie się czułam, byłam osowiała i miałam złe przeczucia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Poszłam do łazienki i zobaczyłam krew. Włożyłam podpaskę, całkiem nieświadoma tego, co właśnie się dzieje. Nie byłam w stanie myśleć. Siedziałam oparta o ścianę, milcząc i popijając herbatę. Adam widząc mój kiepski stan uwinął się najszybciej jak mógł i zabrał mnie do domu. Byłam blada i cały czas nie mogłam się wyzbyć tego przeczucia, że coś jest nie tak. Krwi nie było dużo, a on cały czas uspokajał mnie, że nic się nie dzieje. Sama próbowałam sobie to wmówić, przecież niektóre dziewczyny krwawią w ciąży... Była to niedziela. Postanowiłam następnego dnia iść do lekarza, by wypytać go, co jest grane. Nie mogłam się oprzeć, by wykonać kolejny test i - niby dwie kreski, ale jedna ledwie zauważalna. Teraz wiem, że spowodowane to było obumarciem zarodka i spadkiem TSH. 

Wieczorem zasypiałam smutna, ze łzami na twarzy. Sama nie umiałam wtedy określić, dlaczego. Wierz mi, organizm kobiety, to cwana bestia, wysyła sygnały, tylko niestety nieraz je ignorujemy...
Rano wstałam w ponurym nastroju. Weszłam do łazienki by wziąć prysznic i nagle dostałam okropnego krwotoku. Na prawdę, nigdy nie miałam tak obfitej miesiączki. Poczułam ból podbrzusza, tępy, jak na okres. Weszłam pod prysznic by opłukać ściekającą ze mnie krew. Zadzwoniłam do przyjaciółki, czy pójdzie ze mną do lekarza (Adam był w pracy), bałam się, że po drodze zasłabnę.
W pewnym momencie poczułam coś, czego nigdy nie będę potrafiła wyjaśnić... Poczułam pustkę i żal, tak głębokie, że nie da się opisać. Nikt mi nie wmówi, że instynkt matki nie istnieje - istniał i właśnie dał mi znak, że poroniłam. 

Pół godziny później byłam u lekarza. Czekałam i czekałam, bo kazano mi wejść na końcu kolejki, ale nie czułam już nic. Ani obawy, ani smutku, po prostu nie czułam nic. Wiedziałam, że już po wszystkim. Krwi było naprawdę sporo. Ginekolog zrobił badanie dopochwowe i stwierdził wczesne poronienie samoistne.
Jedyne co dodał na pocieszenie to tyle:
W całej tej sytuacji ma pani tyle szczęścia, że ominął panią zabieg łyżeczkowania.
Wróciłam do domu załamana. Gdybym zareagowała szybciej... Gdybym od razu poszła do lekarza widząc plamienie... Dostałabym luteinę i może... Nie dawałam sobie spokoju. Adam wspierał mnie, pocieszał, był moją ostoją. Lekarz kazał nam odczekać trzy miesiące ze staraniem się o malucha. Odpuściliśmy, ale jednak było nam dane mieć dziecko. Pod koniec sierpnia dowiedziałam się, że jestem w ciąży, mimo iż wcale się już wtedy nie staraliśmy. Mieliśmy zamiar odczekać te trzy miesiące a tu proszę :)
Byłam bardzo ostrożna, może nawet trochę za bardzo, ale nie chciałam powtórzyć tego wydarzenia. Co z tego, że były to pierwsze tygodnie ciąży, to miało być moje dziecko, które kochałam już zanim się pojawiło.
To było bolesne doświadczenie. Dobrze, że Alicja urodziła się cała i zdrowa, pomimo małych komplikacji podczas ciąży.

Wybacz, że tak się rozpisałam. Jeśli dotrwałaś do końca, to dziękuję, że byłaś ze mną, kiedy o tym opowiadałam. I proszę Cię - nie ignoruj sygnałów, które wysyła Twój organizm. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak, masz złe przeczucia to idź, sprawdź, dowiedz się i bądź spokojna. Nim będzie za późno.

listopada 11, 2017

Ciąża bez tajemnic.

Ciąża bez tajemnic.

Ciąża to najpiękniejszy okres w życiu kobiety? Zapewne tak :) Ale czy zawsze?
Nosisz w sobie życie, cząstkę siebie samej, twoje najpiękniejsze dzieło. Ono tam jest i już w końcu zaczniesz odczuwać pierwsze jego zwiastuny - maluch zacznie dawać znaki swojego istnienia. Pierwszym z nich na pewno jest brak miesiączki - wyczekiwanej lub wcale niechcianej. Okres się spóźnia? Zapewne zaraz biegniesz po test do najbliższej apteki. Zniecierpliwiona zamykasz się w łazience. Po kilku minutach (lub raczej całej wieczności) werdykt jest jednoznaczny, jak byk widzisz dwie kreski. Czekasz za mężem, aż wróci z pracy. Ledwo zdążył otworzyć drzwi, a ty podtykasz mu pod nos pozytywny test.
Idziecie razem na wizytę, ginekolog pokazuje wam coś, w sumie nawet nie wiadomo co, bo bardziej niż "coś" przypomina to fasolkę.

 Z miesiąca na miesiąc jest coraz lepiej, od pół roku wszystko macie gotowe, łóżeczko, pokoik a ubranka wyprasowane i ułożone w nienaganne kosteczki, czekają w szufladzie posortowane według rozmiarów, kolorów, czy czegoś tam. Ty wyglądasz jak milion dolarów, no przecież ciąża ci służy. Latasz, od kosmetyczki do fryzjera, od fryzjera do manicurzystki. Ubrania z działu MAMA leżą na tobie lepiej, niż na połowie dziewczyn, które w ciąży nigdy nie były, a makijaż masz lepszy niż od wizażystki. Nigdy nie czułaś się tak wspaniale i jak dla ciebie, ciąża mogłaby się nie kończyć.

Ale zaraz, zaraz... Coś mi tu nie pasuje. Czy to nie czasem scenariusz jakiegoś przesłodzonego filmu? Wróćmy do miejsca, w którym informujesz ukochanego o ciąży. Po pierwszej wizycie u ginekologa decydujecie się poinformować najbliższych. W niedługim czasie zaczynasz się zastanawiać, czy dobrze, że im powiedziałaś. Tego samego dnia zostajesz zasypana pytaniami:
I co? Wiecie już co będzie?
Co to za pryszcze?! Oj, chyba będzie dziewczynka... 
Zamierzasz karmić piersią?
A imię już wybrane?
 Rany. Wcale nie masz ochoty odpowiadać. Ani pozwalać dotykać brzucha. Ani w ogóle na nic nie masz ochoty. Może tylko na kiszone ogórki... I na sen. Tak, sen to chyba to, czego teraz najbardziej ci potrzeba. Przesypiasz 70% dnia. Poza spaniem jesz, a kiedy zjesz to robi ci się niedobrze. Eh... Wiecznie coś. Masz ochotę na spacer, więc wciągasz buty, ale... No właśnie, chyba ktoś je podmienił, bo to nie są twoje buty! Tamte były o co najmniej półtora rozmiaru większe!
Pewnego dnia zauważasz też, że twoja maszynka do golenia już nie dotrze w każde miejsce. Musisz poprosić męża o pomoc, bo przez ten brzuch...No nie dosięgniesz :(
Przez ten brzuch nie możesz się nawet schylać! Nie możesz wygodnie ułożyć się do spania na wznak. Nie możesz zawiązać butów. Nie wspomnę już nawet o tym, jak bardzo maluch się tam rozpycha, jak uderza o żebra i nagniata na pęcherz. A skoro o pęcherzu mowa, to znów musisz do toalety! Już czwarty raz w ciągu godziny...
W pokoju wszędzie walają się dziecięce ubranka czekające na prasowanie, ale jakoś ciężko ci się za to zabrać, bo po pięciu minutach stania przy desce wysiadają plecy i zaczyna wirować w głowie. A w dodatku, jak na złość nie masz pod ręką ulubionej czekolady.
Ależ kochanie! Jest pierwsza w nocy! Gdzie ja teraz kupię czekoladę?!
Koleżanki wpadają do ciebie na kawę, przyglądając ci się z dwuznacznym spojrzeniem, rzucają okiem na te paskudne przebarwienia na twarzy, na pełniejsze piersi i większy tyłek. W biodrach też ci przybyło. W sumie, to wszędzie ci przybyło. Chciałabyś, żeby było już po wszystkim, do porodu kilka dni, ale nic nie zapowiada się na poród.

Znajome? U mnie wyglądało to mniej więcej tak. Oczywiście nie chodziłam nadąsana przez całe dziewięć miesięcy. Starałam się cieszyć tym czasem mimo, iż nie zawsze było to proste. Są też plusy. To całe oczekiwanie na dziecko jest stosem wyrzeczeń, na które, chcesz czy nie, będziesz musiała się zgodzić. Mimo wszystko, czuć pod ręką małą, wypychającą się stópkę, to coś niesamowitego! Patrzeć jak brzuch faluje przez tego małego akrobatę... Świadomość, że w tobie rośnie maleńki człowieczek jest magiczna. Czasami brakuje mi tego głaskania po brzuszku, tych kopniaków. Ciąża jest trudnym okresem, dla jednych bardziej a dla innych mniej, ale jednak do najprostszych doświadczeń nie należała nigdy. Najwięcej szczęścia przynosi myśl, że wkrótce będziecie już razem :)




Zdjęcia wykonywała niezawodna Dominika.

listopada 09, 2017

Czas ucieka mi przez palce.

Czas ucieka mi przez palce.
Dziś moja malutka córeczka kończy pół roku. Nawet nie zauważyłam, kiedy ten czas tak szybko zleciał. Jeszcze chwilę temu cieszyłam się okrągłym brzuszkiem, potem męczyłam się na porodówce. Urodziła się o 2:10, 9 maja. Była tak malutka, tak kruchutka... A chwila, gdy położono ją na mnie? To chyba najbardziej magiczne przeżycie, jakiego mogłam doświadczyć. Świat zniknął na chwilę, byłam tylko ja i ona i nic innego nie miało znaczenia.Nie czułam bólu ani zmęczenia, byłam po prostu najszczęśliwsza na świecie. Dziecko jest najpiękniejszym cudem, a miłość i radość, którą wnosi do naszego życia jest nie do opisania. Dosłownie w sekundę wszystko zmienia się o 180 stopni.

Początki były trudne, choć przez pierwsze dwa tygodnie nie mogłam narzekać na brak snu - Ala przesypiała w nocy jednym ciągiem 8-9 godzin. Dopiero potem zaczął się nasz koszmar. Przyszły kolki. Zjawiały się nieoczekiwanie, atakowały z nienacka i nie dawały się przegonić. Płakałam razem z nią. Każde jej cierpienie odczuwam ze zwielokrotnioną siłą. Chciałam wziąć na siebie choć trochę jej bólu, pomóc jej, by w końcu mogła zasnąć. Płacz ciągnął się godzinami. Nie pomagało masowanie brzuszka, termoforek ani kropelki :( Chodziłam z nią w kółko, przytulałam, kołysałam i nuciłam kołysanki. W końcu, zazwyczaj koło 1-2 w nocy wreszcie udawało jej się zasnąć. Obie byłyśmy wyczerpane tym okresem. Na szczęście w końcu dostałyśmy odpowiedni lek i kolki poszły w niepamięć.

Później, gdy skończyła 4 miesiące dopadło ją zapalenie ucha. Byliśmy akurat w podróży poślubnej nad morzem. Nie spałam całą noc, jedynie przysypiałam na siedząco, trzymając ją i tuląc do piersi. Wystarczyło, że próbowałam zmienić pozycję, a mała budziła się z przeraźliwym płaczem. W dzień było dobrze, choć nie mogłam odstąpić jej na krok. Po drugiej nocy zdecydowałam, że musimy wrócić do domu. O dziwo, w domu wszystko wróciło do normy - spała spokojnie całą noc. Zrzuciłam winę na zmianę otoczenia, mówiłam, że na pewno czuła się nieswojo w nowym miejscu. Jako, że zostało nam jeszcze parę dni urlopu to wybraliśmy się na wieś do mojej rodziny. Pomyślałam, że świeże, leśne powietrze dobrze jej zrobi. Niestety nic bardziej mylnego - koszmar powrócił. Było jeszcze gorzej. Nie mogła spać, mimo okropnego zmęczenia budziła się po kilku minutach. Nie chciała jeść, nie mogła się uspokoić. Pojechaliśmy do lekarza i okazało się, że córka ma zapalenie ucha. Dostała antybiotyki i niestety wróciliśmy do domu.
Szkoda trochę, że nasz urlop nie wyszedł tak jak planowaliśmy, ale zdrowie Alicji było dla mnie priorytetem. Na szczęście leki pomogły, a dziś Alicja nadrabia czas stracony na płacz i broi za dziesięciu. Pochłania mnóstwo energii, wciąż domaga się uwagi.Teraz mam coraz mniej czasu dla siebie, ale jej śmiech wynagradza mi wszystko, każdą nieprzespaną noc, każdy stres. Po prostu nie ma nic cudowniejszego <3

listopada 08, 2017

Cześć i czołem :)

Cześć i czołem :)


Cześć! Cieszę się, że tu jesteś. W temacie blogowania dopiero raczkuję (rany, zawsze sprowadzam wszystko do dzieci, uh), ale zdecydowałam, że chcę dzielić się swoimi przeżyciami. Było ich sporo, nie zawsze tych miłych, wyczekanych... Zdarzały się i te, o których ciężko mówić :(
Jeśli ze mną zostaniesz, dowiesz się co mnie spotkało, przez co przeszłam i co tu robię. Zrozumiesz, kim jestem i co sprawiło, że tym kimś się stałam. 
Nie wszystkie historie będą przyjemne i wesołe, ale one także mnie ukształtowały, stworzyły obecną mnie. Jesteś ciekaw? To zapraszam! :)

Zdjęcie wykonała Dominika.

Poród - przerażające a zarazem piękne wydarzenie.

Każda ciężarna czeka na TEN dzień. Jedna z utęsknieniem, druga z przerażeniem. Jedna pragnie by już nadszedł, inna umiera ze strachu na sam...

Copyright © 2016 Trzy razy A. , Blogger